Zasięg
Zasięg
redakcja
Redakcja
Ogłoszenia
Ogłoszenia
Reklama
Reklama
Najbliższe wydanie Kuriera Południowego ukaże się 12 sierpnia 2022**Najbliższe wydanie Kuriera Południowego ukaże się 12 sierpnia 2022 **Najbliższe wydanie Kuriera Południowego ukaże się 12 sierpnia 2022**


wydanie pruszkowsko-grodziskie (nr 306), 2009-08-21
Uchodźcy z gruzów Warszawy

W Milanówku mieszka pani Stanisława Miszczak, której ojciec, pełniący podczas okupacji funkcję sołtysa pobliskiej wioski, organizował w czasie Powstania Warszawskiego pomoc dla uchodźców z krwawiącej stolicy

Pani Stanisława urodziła się w 1931 roku w Chrzanowie Małym, wiosce położonej obok Milanówka, liczącej wówczas około 60 chałup. Jej ojciec, Wacław Szewczyk, był sołtysem. Ich gospodarstwo mieściło się tuż przy budynku szkoły powszechnej. Pani Stanisława miała czworo rodzeństwa, mieszkała z nimi także babcia.
We wrześniu 1939 roku przerażał ich warkot lecących na Warszawę samolotów niemieckich. Doskonale słyszeli eksplozje bomb i huk artylerii, która ostrzeliwała broniącą się stolicę. W nocy widzieli łuny płonącego miasta. Na samym początku wojny Stasia weszła na drzewo i zrywała orzechy laskowe, kiedy usłyszała wycie silnika wrogiego samolotu myśliwskiego wroga i terkot karabinu maszynowego. Lotnik ostrzeliwał jadących na koniach dwóch polskich kawalerzystów, za nimi pędził koń z pustym siodłem. Kiedy samolot odleciał, a jeźdźcy zniknęli jej z oczu, zeszła z drzewa i pobiegła do ojca. Powiedziała, że prawdopodobnie trzeci kawalerzysta został ranny i trzeba go poszukać. I znaleźli go, leżał wśród krzaków i krwawił. Zabrali go do domu i opatrzyli. Leczyli go na własną rękę nikogo o tym nie informując, ale ktoś dowiedział się i zawiadomił władze, jeszcze wówczas polskie, bo po żołnierza przyjechał osobiście burmistrz Grodziska. Co było dalej z tym wojakiem, nie wiadomo.

Egzekucja Kłosa

Wkrótce Niemcy zajęli Milanówek, a dowództwo jakiegoś pododdziału zainstalowało w budynku szkolnym swój sztab. Pozostał on w pomieszczeniach budynku przez całą okupację. Niemcy rezydowali obok uczących się dzieci i rodziny sołtysa. Okupant rekwirował bez litości trzodę chlewną i zboże. Obok Szewczyków mieszkał tam również ogrodnik, u którego Niemcy zamawiali warzywa dla armii i gromadzili je na podwórzu sołtysa. Zwykle coś zostawało dla rodziny Szewczyków i pomagało przetrwać, bo rzadko w tych ciężkich czasach najadali się do syta. Czasem też matka Stasi, pani Cecylia, chodziła do Niemców i prosiła o mleko i kakao dla dzieci. Niekiedy dawali.
W każdą środę dziewczynka jeździła z rodzicami na targowisko warzywne do Grodziska Mazowieckiego, gdzie sprzedawali ziemniaki, marchewkę i kapustę. Tych warzyw zwykle im nie brakowało, w przeciwieństwie do chleba, bo okupanci rygorystycznie ściągali kontyngent zbożowy. Pewnej środy, a było to w roku 1943, była świadkiem zastrzelenia przez żołnierzy podziemia Franciszka Kłosa, wyjątkowo usłużnego wobec Niemców polskiego policjanta. Postać znanana z opowiadania Stanisława Rembeka „Wyrok na Franciszka Kłosa”, sfilmowanego przez Andrzeja Wajdę. Właściwie nie widziała tego na własne oczy, bo Kłosa zabito na peronie stacji kolejowej, ale w mieście zrobił się zamęt i ludzie dużo o tym mówili. Targowisko opustoszało, bo wszyscy bali się niemieckich represji.
Z lat okupacji pamięta jeszcze likwidację getta w Grodzisku. Niemcy otoczyli teren i ostrzeliwali z dział, a samoloty zrzucały bomby. Niekiedy w Chrzanowie Małym pojawiały się Żydówki z małymi dziećmi na rękach, którym udało się wydostać z getta, i ze łzami w oczach prosili o coś do jedzenia. Pani Cecylia dawała im co miała, a one szły dalej w stronę Milanówka.

Powstańczy tułacze

Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, Stasia miała 12 lat. Powtórzyła się sytuacja z września: odgłosy walki docierały do ich wioski, a nocami widać było łuny pożarów. Początkowo myśleli, że powstanie zakończy się zwycięstwem już po kilku dniach, ale tygodnie upływały i było coraz gorzej. Coraz więcej samolotów bombardowało stolicę, a huk był tak potężny, że w domu Szewczyków wypadły nawet szyby z okien. Mniej więcej po dwóch tygodniach zaczęli napływać do Chrzanowa Małego pierwsi uchodźcy, z czasem ich liczba wzrastała. Byli wynędzniali, zmęczeni straszliwymi przeżyciami, błagali o pomoc.
- Ojciec lokował ich, gdzie mógł. Do każdego gospodarstwa dokwaterowywał 2-3 rodziny, część umieścił w szkolnych salach, na strychu, w piwnicy - wspomina pani Stanisława.
- Ludzie mieszkali w komórkach i stodołach, wszędzie gdzie było chociaż trochę miejsca. Niemcy nie sprzeciwiali się, bo exodus cywilnych mieszkańców Warszawy był uzgodniony między Polskim Czerwonym Krzyżem a dowództwem niemieckim. W sumie w sierpniu i wrześniu 1944 roku w naszej wiosce było około 300 uchodźców. Ja także angażowałam się w pomoc dla nich, karmiłam starców, bawiłam się z dziećmi. Byli nam bardzo wdzięczni. Oferowaliśmy im nie tylko dach nad głową, ale i dzieliliśmy się z nimi jedzeniem.
Sołtys oddał do dyspozycji swoją działkę, żeby mogli zasiać ziemniaki i warzywa. Nie wszystkim jednak to odpowiadało. Pani Stanisława pamięta prostą dziewczynę, w wieku 18-19 lat, typową uliczną cwaniarę, która nie chciała uprawiać ziemi. Zamiast tego, jeździła do Podkowy Leśnej i tam kradła rozwieszone w ogródkach uprane ubrania. Sprzedawała je, a za uzyskane pieniądze kupowała jedzenie. Chwaliła się tym Stasi, a po jakimś czasie spędzonym w wiosce poszła dalej. Dziewczynka zapamiętała też inną kobietę, o niemieckim nazwisku Holtehitter, czy jakimś podobnym. Mieszkała z kilkuletnim synem w gospodarstwie sołtysa. Mówiła, że jest żoną polskiego oficera, ale oczywiście nikt nie wiedział, jak było naprawdę. Ona i jej syn mówili czystą polszczyzną. Traktowano ją tak samo jak innych, z jednym wyjątkiem. Wiejskie dzieciaki biegały czasem za nią i krzyczały „Hitlerka, Hitlerka!”, ale ona tym się nie przejmowała.
Niektórzy z uchodźców byli w bardzo złym stanie fizycznym i widać było, że śmierć zagląda im w oczy. Wacław Szewczyk zawoził ich furmanką do przytułku w Grodzisku, gdzie prawdopodobnie umierali. Większość uchodźców po jakimś czasie szła dalej, ale byli i tacy, którzy osiedlali się w Chrzanowie. Zwykle byli to mężczyźni, kawalerowie, rozwodnicy lub wdowcy, którzy poznawali miejscowe dziewczyny i żenili się z nimi.

Tragiczna noc

Na początku sierpnia 1944 roku lokalną społecznością wstrząsnęła tragedia, jaka wydarzyła się w Milanówku. W Chrzanowie mieszkało bowiem trzech braci Ponderów, młodych mężczyzn, z których jeden, Tomasz, był sierżantem podziemnej Armii Krajowej. Przeniósł się on w 1943 roku do Milanówka, gdzie w piętrowym domu w pobliżu cmentarza otworzył zakład krawiecki. Zakład był jednak tylko kamuflażem, tak naprawdę mieścił się w nim tajny skład broni obwodu Błonie „Bażant” AK. Po wybuchu Powstania transportowano stamtąd karabiny i pistolety do walczącej stolicy. Niestety, ktoś doniósł o tym hitlerowcom. W nocy z 9 na 10 sierpnia oddział SS otoczył budynek. Próbowali go zdobyć, ale znajdująca się w nim grupa akowców, wyposażona w broń i amunicję stawiła zacięty opór. Nie mogąc wtargnąć do wnętrza, Niemcy ściągnęli artylerię, która ostrzelała tajny magazyn. Nastąpił potężny wybuch, na skutek którego okoliczny las stanął w płomieniach. Oprócz sierżanta Tomasza Pondera, bohaterską śmiercią polegli: miejscowy lekarz, podpułkownik WP, Franciszek Grodecki, plutonowy podchorąży Jan Garstecki („Robotnik”), kapral podchorąży Bogusław Kołodziejski („Rżewski”), sierżant Józef Sikorski („Józef”). Do Chrzanowa przyjechali gestapowcy szukający pozostałych braci Ponderów, ale oni zdążyli już uciec.
- Chodziłam czasem na spacer do Milanówka z rodzeństwem i pamiętam, że jak samoloty przelatywały nad ulicami, zmierzając nad Warszawę, to ludzie uciekali albo kładli się na ziemi. Bo chociaż ich celem była stolica, to nigdy nie było wiadomo, co zrobią. Bywało, że lotnik wypuścił bombę albo puścił serię z karabinu maszynowego w ludzi na dole - mówi pani Stanisława.

Wkraczają wyzwoliciele…

Z Milanówkiem wiąże się także późniejsze wspomnienie Stanisławy Miszczak - ze stycznia 1945 roku. Niemcy cofali się przed napierającą Armią Czerwoną i na jednym ze skrzyżowań w Milanówku rozegrała się bitwa, w której zginęło wielu Niemców. Ich trupy leżały na ulicach, a dzieci przeszukiwały je zabierając rodzinne fotografie, suchary, herbatniki. Tak robili również mali Szewczykowie, ale kiedy powiedzieli o tym w domu dostali od rodziców ostrą reprymendę. Zwłoki to zwłoki, i nawet jeśli należą do wroga, nie wolno ich okradać. A wycofujący się żołnierze niemieccy wpadali czasem w swoje własne pułapki. W 1944 roku kazali okolicznej ludności kopać rowy przeciwczołgowe. Były to ogromne otwory w ziemi wypełnione wodą, które miały zatrzymać radzieckie czołgi. Jak się wkrótce okazało do rowów wpadały czołgi niemieckie, wycofujące się w popłochu przed radzieckimi wojskami.
Szkoła w Chrzanowie, w której stacjonowali również sprzymierzeni z Trzecią Rzeszą Węgrzy, opustoszała. Trwało to jednak krótko, bo wkrótce zajęli ją żołnierze radzieccy. Początkowo ludzie witali ich kwiatami jako wyzwolicieli, ale szybko entuzjazm przeszedł. Wyzwoliciele niczego nie dawali ludziom, ale brali co popadnie.
Sensacją w Milanówku było przybycie NKWD i poszukiwanie znanego pisarza przedwojennego Ferdynanda Ossendowskiego, autora głośnej w dwudziestoleciu międzywojennym powieści „Lenin”, która została przetłumaczona na kilka języków. Starania NKWD poszły na marne, kilka dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej pisarz zmarł. Enkawudziści początkowo w to nie wierzyli, dali spokój dopiero gdy zobaczyli jego grób.
Pani Stanisława jeździła często do Warszawy, biorąc udział w odgruzowywaniu stolicy. Po latach wyszła za mąż i zamieszkała w Milanówku. Jej matka zmarła w 1968 roku, a ojciec w 1973.
- Już na początku Września 1939 roku na cmentarzu w Milanówku spoczęli pierwsi żołnierze polegli w walce z Niemcami. Cmentarz łączył Milanówek z Chrzanowem Małym. Rodziny Szewczyków i ich krewnych Paćków przeznaczyły swoje działki na miejsce pochówku dla obrońców Ojczyzny. Spoczywają tam do dzisiaj. W miejscu, w którym znajdował się magazyn broni i zginęli akowcy znajduje się tablica poświęcona ich pamięci. Na cmentarzu stanął potężny krzyż poświęcony powstańcom - mówi pani Stanisława.
Dzisiaj część Chrzanowa Małego weszła w skład Milanówka. Ale jeszcze na długo przed tym, zanim wioska stała się częścią miasta, mieszkańców obu miejscowości połączyło wspólne przeżywanie narodowej tragedii i pomoc, jakiej udzielali uchodźcom z obracanej w gruzy stolicy.

Piotr Kitrasiewicz
Brak komentarzy

dodaj komentarz
komentarz będzie widoczny po akceptacji przez administratora
nick:
Komentarz:

wprowadź liczbę z obrazka pomniejszoną o "jeden":         

Wydanie:
PIASECZYŃSKO-URSYNOWSKIE
· Makabryczne odkrycie nad Wisłą
· Przełom w sprawie pałacu w parku. Ale to jeszcze nie koniec sądowej batalii
· Za prawie 5 mln zł powstanie niewielka droga
· Opowieść o pociągach pancernych w Święto Wojska Polskiego
· Nikt nie chce gruntów po KPGO Mysiadło
· Przychodnia doczeka się rozbudowy
· Skrzyżowanie Dworcowej i Nadarzyńskiej zamknięte od przyszłego tygodnia
· Rozpoczął się remont mostu
· Otwarto pierwszy wybieg dla psów
· Co dalej z wąską drogą?
· Stocer w nowej odsłonie. Modernizacja kosztowała 40 mln zł!
· Gigantyczne mandaty
· Woda zalewa im wjazd na posesję
· Odbudowali zabytkowy samochód
· Upamiętnili bohaterskich obrońców stolicy
· Trwają przygotowania do przebudowy skrzyżowania przy skate parku
Wydanie:
PRUSZKOWSKO-GRODZISKIE
· Piękna nasza Polska cała
· Trzej królowie przybyli z darami
· Miasto wspiera walkę ze smogiem
· Domaniew z nową świetlicą
· Pamięci prezydenta Wilsona
· Co zrobić, żeby było bezpieczniej?
· Tańsze bilety dla mieszkańców
· Zainwestują w drogi, kanalizację i... Austerię
· Poznaj mieszkańców lasu
· Czytali i w dzień, i w nocy
· Trzy nowe pomosty i siłownia
· Gorączka w pogotowiu
· Najpierw bramki, potem nowe pasy
· Wiosną wystartuje budowa Akademii Legii
· Stacja i dworzec na ukończeniu
· Kilometry ulic, dwie hale, przedszkole i ratusz
Wydanie:
GRÓJECKIE
· W Dniu Chynowa bawiła się cała gmina
· Olimpijczyk z indeksem
· Lekcja samorządności
· 36 uczniów uczestniczyło w Misji Przyroda
· Marianna Czamara „Belfrem roku”
· Sceny jak z prawdziwego horroru
· Marian Woronin w Błędowie
· Próbował podpalić kościół
· Rosiewicz wyśpiewał sobie „Ciotkę szarlotkę”
· Dyrektorem to tu jestem ja!
· Grójec będzie płacić mniej
· Każde jabłko na wagę „złota”
· Maliszewski czeka na wyrok
· Spóźniony śmigus-dyngus... pomyjami
· PCM w Grójcu ogłosi upadłość?
· Truskawkom zagłada nie grozi
© 2005-2022  Kurier poludniowy    •    Wszystkie prawa zastrzeżone    •    projekt i wykonanie: iQuest